Felietony

Felieton – Srebrny wiek

Srebrny wiek

            Tak się złożyło, że to kolejny mój felieton, który nawiązuje do przeszłości. Umiem zrozumieć argumentacje tych, którzy nie lubią odczytywania rzeczywistości poprzez analogie historyczne i nawet w tym tekście znajdzie się argument, który z powodzeniem można użyć do dyskredytacji tej metody. Z drugiej jednak strony jest to  słabość, której nie potrafię się pozbyć, a nawet nie chcę, bo uważam, że odwołania takie nie są do końca pozbawione sensu. Można ich oczywiście nadużywać i wykoślawiać za ich pomocą opis współczesnych zjawisk, ale istnieją i punkty styczne, i wyzwania, łączące nas z ludźmi żyjącymi przed dziesięcioleciami i wiekami. Ostatecznie, gdyby nawet uznać takie działanie za próby złapania się czegoś trwałego nieumiejętnie i po omacku, to przecież nie można samej historii odmówić prawa do poruszenia i sprowokowania autora. Takie już prawo felietonisty zezwalające mu na dowolny dobór inspiracji, nawet ku utrapieniu tych, którzy się natkną na jego tekst i poświęcą nań swój czas.

 

         Tytułowy srebrny wiek to okres w historii Rzeczpospolitej obejmujący czasy od pierwszych elekcji, do mniej, więcej czasów odsieczy wiedeńskiej. Wiek, w którym państwo osiągnęło swój szczyt rozwoju terytorialnego i dysponowało jeszcze siłą pozwalającą na oddziaływanie w bezpośrednim otoczeniu. Zachodnia Europa nie została jeszcze nasączona bogactwami nowego świata, co pozwalało poprzez handel surowcami, które rodziła polska ziemia, budować rodzime majątki. Równocześnie państwo doznało szeregu wojen i wewnętrznych niepokojów, przez co strony podręczników szkolnych traktujących o tamtych czasach, to długa litania nazwisk wodzów, dat i miejsc bitew. To w oczywisty sposób może odpychać, ale bardzo często to co naprawdę interesujące znajduję się głęboko pod chropowatą powierzchnią suchych faktów. Czasami wiedza o cenie bochenka chleba, wysokości inflacji, ilości dni bez deszczu, albo krążących plotkach może powiedzieć więcej o nastrojach w danym roku, niż wyliczanka wydarzeń bez głębszego kontekstu.

 

         Mając w tyle głowy bieżące wydarzenia, bardzo uderza mnie mentalność tamtych ludzi, którzy tworzyli szeroko pojętą klasę polityczną. To właśnie jeden z tych czynników, który umyka w powierzchownej, popularnej syntezie historycznej. Pamiętać trzeba, że stworzony wspólnymi siłami Polaków i Litwinów ustrój republikański I Rzeczpospolitej był ewenementem tamtych czasów. Równość warstwy szlacheckiej, przywileje i poczucie wolności wywoływały co najmniej dwa poważne skutki. Po pierwsze budziły poczucie odpowiedzialności za państwo i zachęcały do ponoszenia ofiar. Dość powiedzieć, że najbardziej znana i elitarna, polska jednostka wojskowa, husaria, tworzona była przez ochotników, którzy z własnych kieszeni pokrywali koszty wyposażenia. Koszty, trzeba to zaznaczyć: bardzo poważne. Po wtóre, wyżej wymienione czynniki, dawały ówczesnym, poczucie dumy i wyższości cywilizacyjnej. Nie było to nieuzasadnione, jeżeli spojrzeć np. na sposób w jaki władcy moskiewscy traktowali w tym samym okresie swoje elity. Z czasem, gdy państwo zaczynało się już chwiać na nogach, poczucie to pozostało i stawało się groteskowe, zamieniając obraz republikanina na warchoła i pieniacza. Duma narodowa i poczucie wyższości przepoczwarzyło się w ksenofobię, a poczucie obowiązku i oddania Rzeczpospolitej zastąpiła dbałość o „prywatę”. Tym niemniej jednak, okres srebrnego wieku nie był tylko krótkim rozbłyskiem w ciemnych mrokach dziejów. W okresie tym służyło państwu i cieszyło się złotą wolnością kilka pokoleń braci szlacheckiej. Na Turka pod Wiedniem nacierał husarz, ale pod Kłuszynem walczył jego dziad. Nie jest to tylko przenośnia. Dowodzący odsieczą wiedeńską król Jan III Sobieski był prawnukiem dowódcy spod Kałuszyna, Stanisława Żółkiewskiego.

 

         Historyk stawiający zarzuty wiodącym postaciom z przeszłości ma o tyle trudne zadanie, że musi mierzyć się, choćby sam przed sobą, z argumentem przypominającym mu, że sam nie jest mężem stanu, a najczęściej nawet nie ma doświadczenia w żywej polityce. Tym śmieszniejsze mogłyby wydawać się zarzuty wysuwane przez kogoś, kto wiedzę historyczną czerpie już z opracowań, i to najczęściej w formie popularno-naukowej. Ograniczę się więc tylko do stwierdzenia faktu, że w srebrnym wieku Rzeczpospolita nie doczekała się władcy, którego potomni mogliby nazwać „wielkim”. Bywały sukcesy i osiągnięcia naprawdę wybitne, ale nie przetrwały próby czasu i nie położyły fundamentów pod solidniejsze konstrukcje. Każdy, dzierżący władzę i odpowiedzialność polityk nie działa w próżni, ale musi mierzyć się i brać pod uwagę siły, które oddziałują na niego z różnych kierunków i bardzo utrudniają mu działanie. Wybitni ludzie potrafili, używając nadludzkiej siły, naginać ku własnej woli zewnętrzne czynniki i zmieniać lekko bieg wydarzeń. Jeżeli dany władca nagnie je w odpowiednim kierunku, zostaje zapamiętany jako „wielki” lub „wspaniały.” Być może takim działaniem byłoby rozszerzenie i przywilejów, i odpowiedzialności za pax Polonia na inne zamieszkujące Rzeczpospolitą narody, czy wyznania. Być może też, z powodu rozległości stanu rycerskiego i związanymi z tym oporami, było to ponad siły jakiegokolwiek człowieka. W konsekwencji jednak, gdy mieliśmy obok władców ludzi z mocnym poczuciem obowiązku względem ojczyzny, srebrny wiek mógł trwać. Gdy postawy republikańskie upadły, a w ciągu jednego stulecia u naszych wschodnich sąsiadów dwoje władców, Piotr i Katarzyna, zasłużyło na przydomek Wielki(a), upadła też i Rzeczypospolita.

 

         Jaki tu związek ze współczesnością? Bezpośrednio żaden. Pośrednio jednak można pokusić się o refleksje, że wchodzący w coraz większe perturbacje bieg historii wymaga od wszystkich państw ludzi gotowych na ciężką pracę, ale przede wszystkim ludzi do takiej pracy uformowanych. Ostatnie lata, całe pokolenie spokojnego rozwoju dawało możliwości wychowania i nasycenia społecznej tkanki ludźmi, którzy mieliby siłę, chęci i umiejętności do pracy na różnych szczeblach życia politycznego. To jak bardzo ten okres został zaprzepaszczony świadczy fakt, że do tej pory nie udało nam się wypracować jednolitej wizji na to w którym kierunku państwo Polskie ma podążać. Jest wręcz zupełnie odwrotnie: dwa przeciwstawne sobie obozy ścierają się na tym polu, choć niektóre potyczki mogą sprawiać wrażenie z zupełnie innych dziedzin. Można nazywać te obozy dowolnie: obóz atlantycki i kontynentalny, piastowski i jagielloński, patrioci i zdrajcy, ciemnogród i postępowi, biali i czerwoni. Można wymyślać i inne określenia w nieskończoność, ale linia podziału przebiega dość wyraźną, grubą kreską w miejscu, które przedziela dwie wizje kraju w międzynarodowej konfiguracji. Jeden z obozów chce nawiązywać do tradycji państwowości budowanej na własnych zasadach, ze swoją kulturą i swoimi normami. Drugi widzi przyszłość w związaniu się razem z innymi krajami i byciu częścią większego projektu z którego wynikają korzyści i spokój, ale importuje się jednocześnie całe dobrodziejstwo inwentarza, razem z ideologią. Tyle ładnej, choć uproszczonej teorii. Brzydka prawda jest taka, że jeden z obozów porusza się jak słoń w składzie porcelany, a zarówno jego zaplecze jak i kierownictwo przesycone jest ludźmi skrajnie nieudolnymi. Drugi obóz, zwłaszcza ostatnimi dniami nie potrafi wyjść poza argumentację „jebać” i  „wypierdalać”.  Jest to bezpośredni skutek tego, że nie przepracowano lat spokojnego rozwoju, by społeczeństwo w naturalny sposób wydawało ludzi gotowych i przystosowanych do zmagań z ciężkimi czasami. O wybitnym przywództwie nie ma chyba nawet co marzyć, jeżeli zwykła, ludzka kultura stała się  wśród klasy rządzącej towarem deficytowym.

 

         Świat i natura ludzka nie są tak skonstruowane, by tylko dobra wola była wystarczająca, aby te dwa obozy znalazły porozumienie. Walka polityczna, w różnej formie, najczęściej brutalnej, najprawdopodobniej istnieje od kiedy tylko ludzie zaczęli się łączyć w hordy. I właśnie tym hordom jesteśmy w dzisiejszej walce bliżsi, niż szlacheckiej demokracji srebrnego wieku, która przez jakiś czas potrafiła wydawać ludzi uformowanych i nastawionych na służbę państwu. Wydawać się może, że nawet protekcja i holowanie znajomych sarmatom wychodziła lepiej. Robiący karierę pod skrzydłami hetmana wielkiego koronnego Jana Zamoyskiego, Stanisław Żółkiewski przez długie lata lojalnie służył państwu. Gdy współczesny wielki hetman protegował swojego misia efekty były zupełnie inne, co najmniej niespektakularne.

 

          Kilka miesięcy temu jedna z posłanek po wygranym głosowaniu wyciągnęła w stronę opozycji środkowy palec. Z drugiej strony podczas strajków, jedna ze studentek Uniwersytetu Warszawskiego, a więc potencjalnie przyszła elita w państwie, złapała za mikrofon (co samo w sobie świadczy o ambicji politycznej) i zdołała wykrzyczeć jedynie „chuj ci na imię, Kaczyński ty skurwysynie!” Obie panie ze spokojem mogłyby sobie podać ręce, to ten sam poziom dna wskazujący że jakakolwiek próba rozmowy nie ma tutaj sensu. Czym mogłoby się skończyć? Wyzywaniem się od kurew? Wzajemnym opluwaniem? Szarpaniem za włosy? Najgorsze jest chyba w tym to, że zapewne duża część społeczeństwa chętnie zobaczyłaby taki sposób rozwiązywania konfliktu politycznego.

 

         To dobre miejsce, gdzie mogłoby znaleźć się, podobnie jak w wielu dyskusjach toczonych na emigracji o sprawach rozgrywających się nad Wisłą, pytanie o jakąkolwiek zasadność powyższych rozważań. Odpowiedź, już po raz kolejny, wynikać musi z wypracowanej tożsamości, umiejętności stawiania pytań o swoje cele, założenia i obowiązki, a także z umiejscowienia siebie i swojej roli w konstelacji społeczeństwa. Innymi słowy: po raz kolejny wracamy do miejsca, gdzie należy zapytać czy taki proces jest wywoływany. Jeżeli tak, uczciwie można zabrać głos w dyskusji, albo ze spokojem wycofać się w swoje życie, praktykowaną przez niektórych w latach socjalizmu „emigrację wewnętrzną”. Jeżeli nie, to tarcia polityczne przeobrażą się w bezrefleksyjne walki dwóch hord, w których nie bierze się jeńców. W trakcie pisania tego tekstu na mojej Facebookowej ścianie pojawiła się reklama artykułu. We wstępie kilkukrotnie padło określenie „motłoch” użyte względem drugiej strony. Dalej nie czytałem, było pewnie jeszcze mocniej. Nie ma tu żadnego znaczenia, z której strony to wyszło. Jestem przekonany, że drugi obóz rękami swojego zaplecza pisałby tak samo. I jedyna optymistyczna refleksja, która przychodzi mi na koniec jest taka, że być może na emigracji, z daleka od neandertalskich walk, łatwiej jest ukształtować kolejne pokolenie, by w sposób odpowiedzialny potrafiło mierzyć się z rzeczywistością. Optymizm jest ważny w życiu, prawda?

Andrzej Smoleń

Facebook Comments

Dodaj komentarz