Raport z domu – Felieton

Raport z domu

Zbyt stary żeby nosić broń i walczyć jak inni –

wyznaczono mi z łaski poślednią rolę kronikarza[…]”

        Powyższy fragment wiersza Herberta przypomina mi się często, gdy ze swojego „domowego biura” spoglądam przez okno na ulicę, na której pojawiają się co jakiś czas oznaki normalnego życia. To może być tylko przejeżdżający samochód, przechodzeń w drodze na zakupy, czy kurier pukający do sąsiada. Banalne okruchy codziennego dnia, które jednak przypominają, że nie każdy ma możliwość zamknięcia się w czterech ścianach i czekania na rozwój sytuacji. Cytowany wiersz odnosi się do innej rzeczywistości, którą opisuje w metaforze oblężenia miasta. Być może właśnie to porównanie powoduję, że natrętnie wraca do mnie ten fragment, gdyż dzisiaj też używa się metafor z pola walki. Z koronawirusem przecież „walczymy”, najsłabszych i najbardziej narażonych staramy się „chronić”, a ludzie bez których codzienne funkcjonowanie byłoby niemożliwe stają „w pierwszej linii”. Mi, póki co, jest wygodnie w moim „biurze” koło łóżka, naprzeciw szafy. Tysiące osób jednak musi mierzyć się z nową rzeczywistością w realnym świecie, poza dającym poczucie bezpieczeństwa domem. 

     O tym, jak te zwykle niedoceniane zawody, stały się nagle ważne, a osoby je wykonujące niosą na swoich barkach namiastki normalności, powiedziano i napisano już dużo. Wydaje mi się, że umiałbym poprowadzić tak narrację tego felietonu, by wywołać emocje i zagrać na taką nutę, która uderzyłaby w czułe miejsca, zestawiając „tamtych”, bogatych, ważnych, zamkniętych w swoich twierdzach, z „nami”, zmuszonymi do pracy w niebezpieczeństwie, harującymi za bezcen, poniżej 10 funtów na godzinę, w pogardzanych zawodach, w czasie epidemii. Na takie mowy i grę przyjdzie na pewno czas, zajmą się nimi zawodowcy od retoryki i kierowania tłumem, ja spróbuję wykorzystać sytuację do wskazania palcem na inne zjawisko. Nawiasem mówiąc, gratuluję każdemu kto zwrócił uwagę, na nieścisłość związaną z tym, że w pierwszym akapicie napisałem o pracy zdalnej, a w drugim postawiłem się w pozycji tych ciężko pracujących i narażonych. Życzę zachowania przenikliwości w odczytywaniu nadchodzących, gorących przemówień i apelów.

            To, na co chciałbym zwrócić uwagę jest przewartościowanie naszych potrzeb, które dokonało się w tempie zdumiewająco szybkim. W pełni oczywiście oddaje to obraz „zamrożonej” gospodarki, gdzie potrzebujemy służby zdrowia, pracowników do dystrybucji żywności, pracowników komunalnych, operatorów elektrowni. To w piramidzie potrzeb Maslowa zejście niemal do samych podstaw. Cała reszta jest opcjonalna, o czym świadczą dyskusję w kontekście otwierania zakładów fryzjerskich, pubów czy innych podobnych miejsc. Ten brutalna i wymuszona redukcja pokazuje bardzo dobitnie, co jest naprawdę ważne, jaka działalność jest kręgosłupem, który daje stabilną postawę społeczeństwu. To jednak nie jest miejsce, by wyzłośliwiać się nad wytworami sytych do bólu społeczeństw. Wszyscy influencerzy, zawodowi motywatorzy i sieciowi celebryci najprawdopodobniej sami czują to i rozumieją bardzo dobrze. Jeżeli nawet zderzą się teraz bardzo twardo z rzeczywistością post-epidemii, to tylko w części będzie to ich winą. Współwinne będą społeczeństwa, które straciły kontakt z rzeczywistym światem i zapomniały, że żadna działalność człowieka nie jest sama dla siebie i niezależna od warunków zewnętrznych. Upraszczając: zapomnieliśmy, że dochodu może nagle zabraknąć, że jedzenie trzeba dowieść do sklepu, że większość towarów, które zamawiamy są produkowane daleko na wschodzie i trzeba je tutaj przetransportować, że owoce trzeba zerwać z drzewa, że granice można zamknąć i że na strzyżeniu psów i malowaniu paznokci nie da się stworzyć silnej gospodarki. To chyba nie przypadek, że przeciętny europejski nastolatek marzy o zostaniu youtuberem, a chiński o byciu astronautą, inżynierem lub naukowcem.

            Jednym z przykładów, który pokazuję jak daleko daleko zabrnęliśmy jest piłka nożna. Kilka tygodni temu trwała dyskusja o obniżce zarobków piłkarzy premier league. Jeden z argumentów przeciw brzmiał tak: obniżka pensji spowoduję proporcjonalne cięcie podatków od nich odprowadzanych. Wielomilionowe kontrakty w Anglii to nie pojedyncze przypadki, a raczej powszechne zjawisko, co może spowodować, że budżet państwowy odczuje owe obniżki, a przecież teraz jest moment, kiedy potrzebny jest każdy funt. Wbrew pozorom to nie jest pokrętna argumentacja, a szczery i prawidłowy opis zjawiska. Jest to twardy, logiczny i przerażający dowód na naszą dekadencję. Przez wiele lat miałem, po części niesłuszny, żal do poprzedniego pokolenia, za błędy i niedokończone sprawy transformacji ustrojowej. Łatwo było mi oceniać tamte czasy, po skutkach które nastały już lata później. Dziś zarysowuję się możliwość, że nastąpi pełne okrążenie i przyszłe pokolenia będą ze zdziwieniem kręcić głowami nad faktem, że wspaniały czas rozwoju i możliwości przesiedzieliśmy w kawiarniach.

Andrzej Smoleń, autor bloga: http://emigraniada.com/

 

Facebook Comments

Dodaj komentarz